Nowa fryzura – nowy kłopot

Powiem tak – żałuję, że nie wyuczyłam się zawodu fryzjerki… To niesłychane, jak pięknie i efektownie może wyglądać fryzura wystylizowana przez profesjonalistę, a jak beznadziejnie i fatalnie – fryzura zrobiona w domowym zaciszu. Niby staram się robić wszystko dokładnie tak, jak mi w salonie fryzjerskim pokazano i wytłumaczono, a mimo wszystko włosy nie chcą mi się układać – są oklapnięte i sprawiają wrażenie ciężkich i przemęczonych. Nie wiem już, jak mam je suszyć i, jak modelować, aby były takie, jak zaraz po opuszczeniu fotela fryzjerskiego. Cokolwiek nie zrobię i tak jest źle. I tak jest inaczej. Szkoda, że nie stać mnie na codzienne czesanie u fryzjera, do którego ganiałabym rano i miała spokój na cały dzień. A tak co? Fryzura fajna i ja ponoć nie najgorzej w niej wyglądam, ale co z tego, skoro i tak z niej cieszyć się nie potrafię, bo wciąż mam wrażenie, że jestem przylizana?!

Do fryzjera marsz!

Z tego wszystkiego, zapomniałam się pochwalić (choć jeszcze nie wiem, czy jest czym), że wybieram się dziś wieczorkiem do fryzjera. Tak, tak – ja! Wiecie, jako kobietą lubię zmiany i raczej długo się nie zastanawiam, ale przyznam szczerze, troszkę się niepokoję. Otóż, wymyśliłam sobie grzywkę. Co prawda, nigdy grzywki nie miałam, bo zawsze mówiono mi, że mam gniazdo, z którym niestety nie da się współpracować, ale co tam – dziś postanowiłam, że tak łatwo się nie dam! Choć nie powiem, boję się, że znów gniazdo mnie pokona i odbierze nadzieje i marzenia. Ale, póki co, jestem dobrej myśli, są przecież różnego rodzaju lakiery i pianki, które chyba pomogą mi wystylizować sobie grzywkę, co nie?

Ciekawa jestem, jak będę wyglądała ;-)

A ja mam już dość!

Ach, życie, życie… ciężkie jak @#$%$^. Przekonałam się o tym po raz kolejny jadąc wczoraj z pracy do domku. Nie wiem czy to prawda, że są tacy, co rodzą się w czepku? Jeśli tak, to w czym rodzą się pozostali? Chyba tylko w bólach… OK, wracam do pamiętnych dla mnie wydarzeń z wczorajszego dnia. Otóż wszystko zaczęło się około godziny 16. Po wyjściu z pracy, tradycyjnie, udałam się w stronę przystanku autobusowego. Poczekawszy jakieś 10-15 minut (czyli tyle ile przewiduje norma) doczekałam się przyjazdu „mojego” autobusu. Nie dość, że było w nim strasznie gorąco, to na dodatek dosiadł się do mnie pan, o wyglądzie i sposobie bycia człowieka określanego mianem „żul”. OK, spoko, wracam do domu, nic mnie z równowagi nie wyprowadzi, aż tu nagle panu-sąsiadowi najwyraźniej coś się odbiło, bo wodospad pełen zanieczyszczeń dobywający się z jego gęby znalazł się na moim butach. No, ładnie, jak mówił pewien drugoplanowy bohater popularnego niegdyś serialu komediowego. Buty, buty, najważniejsze, że nie spodnie albo koszulka. Uff, to by było najgorsze – spodnie nowe, pierwszy raz założone, koszulka także. Myślę sobie – chyba jakaś siła nade mną czuwała. Wstaje, wciskam przycisk informujący kierowcę, że zaraz wysiadam. Zaraz po wyjściu z autobusu moim oczom ukazało się stado gołębi przelatujące nad głową. Zatrzymałam się i powiedziałam w myślach – „cholera, facet obrzygał mi buty ale gołębie darowały. Dzięki Bogu”. Wtem dostrzegłam coś białego na swoim ramieniu. Coś ciągnącego się przez całą długość koszulki i przechodzącego aż na spodnie. Tak, to była ona – wielka, biała, papkowata, ledwo wyczuwalna ale bez problemu widzialna gołębia kupa!!! Cała ta sytuacja nauczyła mnie jednego – nie chwalić dnia przed zachodem słońca i czasami darować sobie rozmyślania o sile, która nade mną może czuwać.

600-setna rocznica

Dla tych, co nie interesują się historią wczorajszy dzień był po prostu zwykłym czwartkiem – kolejnym dniem w kalendarzu. Jednak dla tych, bardziej zorientowanych i głodnych historii 15 lipca był kolejną, i to już 600-setną rocznicą Bitwy pod Grunwaldem. O tej największej, średniowiecznej bitwie, która rozegrała się 15 lipca 1410 roku w okolicach wiosek Grunwald, Łodwigowo i Stębark, wiemy stosunkowo niewiele, zwłaszcza o jej przebiegu. Pewne są tylko 3 kwestie:

1. Data
2. Zwycięstwo połączonych wojsk polsko-litewskich
3. Klęska Zakonu Krzyżackiego

W związku z tym, wczoraj w Malborku, odbyły się rocznicowe uroczystości, które ponoć przyciągnęły tłumy ludzi. Piszę “ponoć”, bo mnie, jak zwykle zabrakło, bo co jak co, ale takie fajne i widowiskowe imprezy zawsze odbywają się daleko od mojego miejsca zamieszkania. W telewizji widziałam, że atrakcji było niemało. Pokazy walk, pokazy zbroi, mieczy, a także – różnorodne gry dla dzieci, w których mogły one choć na chwilę poczuć się, jak średniowieczni rycerze.
Ach, jaka szkoda, że mnie tam nie było…

Twarzą w twarz z przeznaczeniem

“To się nie dzieje, to się nie dzieje!” – tak zazwyczaj mówi mój kolega, kiedy wydarza się coś niespodziewanego. Niezbyt podoba mi się ten zwrot, ale dzisiaj sam musiałam go użyć… Jadąc do pracy (na 8:00) i będąc w odległości około 10 kilometrów od celu, skończyła mi się benzyna. Ileż to razy słyszałam od ojca “załóż gaz”, “sprzedaj to auto, zobacz ile pali”, “co za złom kupiłeś”. Nie mogłam dać mu tej satysfakcji, postanowiłam jeździć, mimo iż silnik 1.3 pochłaniał aż 13 litrów paliwa na sto kilometrów. Autko jeździ na gaźniku, stąd pewnie ogromne spalanie – nie pomogła nawet regulacja. Nie rozczulając się zbytnio postanowiłam działać. Zatrzymałam jakieś przypadkowe auto, poprosiłam o pomoc (niektórzy przecież wożą ze sobą kanister z benzyną – tak na zapas). Okazało się jednak, że moja deska ratunkowa napędzana była ropą… Poszczęściło mi się po chwili, i w końcu odjechałam z piskiem opon. Minęła minuta, może dwie – nagle bum, trzask – wjechał we mnie jakiś nerwus rozbijając doszczętnie Stefana (tak go nazywam). Mówcie co chcecie, ja powiem jedno – taka karma… ale z psami nie ona nic wspólnego!

Bez pomysłu

Brak mi sił, dosłownie. Te upały mnie wykończą. A jak sobie pomyślę, że jeszcze muszę zacząć biegać po sklepach w poszukiwaniu prezentu dla babci na imieniny, które już za kilka dni, to aż cała się gotuję. Kiedy termometr wskazuje ponad 30 stopni Celsjusza to powinno się nad wodą siedzieć, a nie po sklepach łazić, ale cóż, nic na to nie poradzę, prezent kupić muszę. Pytanie tylko, co? Wszelkie możliwe pomysły już wyczerpałam i teraz mam totalną pustkę w głowie. Od kilku dni chodzę i pytam siebie i innych – co takiej 70-letniej babci jest jeszcze do życia i szczęścia potrzebne? Niestety, nikt nie potrafi mi pomóc, bo albo wymieniają rzeczy, które już jej dawno sprezentowałam, albo nie potrafią mi nic ciekawego i sensownego podsunąć. Nie lubię takiego chodzenia od sklepu do sklepu, nie wiedząc właściwie, za czym i po co.

Nieszczęścia chodzą parami

To się już w głowie nie mieści! Nie dość, że kilka dni temu popsuł mi się telefon i nie stać mnie chwilowo na nowy, w związku z czym muszę używać jakiegoś starego telefonu, który swoimi starymi dzwonkami przyciąga wzrok każdego, to teraz jeszcze pralka się popsuła! Koszmar. Prać muszę teraz w rękach, co w przypadku dżinsów przyjemne i lekkie nie jest. Jak oczywiście, możecie się domyślić, na nową mnie nie stać, zresztą na naprawę starej też nie. Poza tym, nawet nie wiadomo, czy da się ją naprawić. Czy w ogóle ma to sens.

I co ja mam teraz zrobić? Tak, jak bez telefonu jeszcze mogłabym żyć, tak bez pralki się nie da! POOOOMOCY!

Problemy z premią

Witajcie! I już po wyborach i już w nowym świecie, jak będzie teraz? Nie wiem zobaczymy, ale cóż zawsze można się cieszyć przynajmniej z tego, że spełniło się swój obywatelski obowiązek i poszło się na wybory.
Teraz jednak pora wrócić do normalnego życia i zająć się codziennymi problemami, a tych jak zawsze sporo. Ja ostatnio na przykład mam niemały problem… a nazywa się on premia. Read the rest of this entry »

Na wybory marsz

Jeszcze tylko kilka dni i ostatecznie dowiemy się, kogo nazywać będziemy prezydentem. Mam nadzieję, że większość z nas (na całość nie ma co liczyć) pójdzie na wybory i odda swój głos. Ja pójdę na pewno. W końcu, nie chcę, aby mój głos lub też jego brak zadecydowały o czyjejś porażce lub zwycięstwie. Jeśli mój kandydat nie wygra to przynajmniej będę wiedziała, że to nie przeze mnie. Poza tym, biorąc udział w wyborach mam prawo do późniejszej krytyki, zwłaszcza, jeśli to przeciwnik mojego kandydata zwycięży.

Także, Polacy – rodacy, spotykamy się 4 lipca przy urnach! Obowiązkowo.

Gooooorąco

Takich upałów to powinni zabronić. Ledwo człowiek z domu wyjdzie, a już musi wracać, bo cały zlany potem jest. A to ani higienicznie, ani tym bardziej – estetycznie dobrze nie wygląda. Nie powiem, lubię słońce i ciepło, lubię lato i wakacje, jak każdy, ale nienawidzę upałów, zwłaszcza takich jak ten dzisiejszy lub te, które synoptycy zapowiadają na kilka najbliższych dni. Tak poważnie, to zaczynam się zastanawiać, czy czasem w domu nie zostać w tym czasie. Włączyłabym sobie jakiś wiatraczek, wzięła książkę i usiadła gdzieś w kącie. Piękna i pociągająca perspektywa, nie powiem. Ech, ale jak sobie pomyślę, że to dopiero początek lata i w jego środku tj. gdzieś w lipcu może być jeszcze gorzej, to aż głowa mnie boli. Nie wiem, jak dam radę to wytrzymać.Serio.