A ja mam już dość!
Ach, życie, życie… ciężkie jak @#$%$^. Przekonałam się o tym po raz kolejny jadąc wczoraj z pracy do domku. Nie wiem czy to prawda, że są tacy, co rodzą się w czepku? Jeśli tak, to w czym rodzą się pozostali? Chyba tylko w bólach… OK, wracam do pamiętnych dla mnie wydarzeń z wczorajszego dnia. Otóż wszystko zaczęło się około godziny 16. Po wyjściu z pracy, tradycyjnie, udałam się w stronę przystanku autobusowego. Poczekawszy jakieś 10-15 minut (czyli tyle ile przewiduje norma) doczekałam się przyjazdu „mojego” autobusu. Nie dość, że było w nim strasznie gorąco, to na dodatek dosiadł się do mnie pan, o wyglądzie i sposobie bycia człowieka określanego mianem „żul”. OK, spoko, wracam do domu, nic mnie z równowagi nie wyprowadzi, aż tu nagle panu-sąsiadowi najwyraźniej coś się odbiło, bo wodospad pełen zanieczyszczeń dobywający się z jego gęby znalazł się na moim butach. No, ładnie, jak mówił pewien drugoplanowy bohater popularnego niegdyś serialu komediowego. Buty, buty, najważniejsze, że nie spodnie albo koszulka. Uff, to by było najgorsze – spodnie nowe, pierwszy raz założone, koszulka także. Myślę sobie – chyba jakaś siła nade mną czuwała. Wstaje, wciskam przycisk informujący kierowcę, że zaraz wysiadam. Zaraz po wyjściu z autobusu moim oczom ukazało się stado gołębi przelatujące nad głową. Zatrzymałam się i powiedziałam w myślach – „cholera, facet obrzygał mi buty ale gołębie darowały. Dzięki Bogu”. Wtem dostrzegłam coś białego na swoim ramieniu. Coś ciągnącego się przez całą długość koszulki i przechodzącego aż na spodnie. Tak, to była ona – wielka, biała, papkowata, ledwo wyczuwalna ale bez problemu widzialna gołębia kupa!!! Cała ta sytuacja nauczyła mnie jednego – nie chwalić dnia przed zachodem słońca i czasami darować sobie rozmyślania o sile, która nade mną może czuwać.


Brak komentarzy »
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz