Józek to mój komputer. Tak, żeby sprawa była jasna, wciąż trwam w szczęśliwym związku małżeńskim wyposażonym dodatkowo w dwójkę ślicznych dzieci. Zdrada nastąpiła na poziomie technologiczno-logistycznym. Moje zaplecze do pisania bloga uległo niewielkiej awarii wywołanej (ku przestrodze!) skokiem napięcia w gniazdku. Na szczęście nic się nie spaliło, ale wykasowało mi dane z dysku. Od tej pory odzysk danych stał się dla mnie wyrażeniem magicznym, o którym myślałam przez całe noce starając się znaleźć kogoś, kto mógłby dla mnie to zrobić. Te kilka dni spędzone bez komputera pomogły mi jednak w pewien sposób. Ponieważ zawsze trzeba szukać pozytywów w tym co się już stało i tym razem zastanowiłam się nad tą kwestią. I wiecie do czego doszłam? Wydaje mi się teraz, że odzyskiwanie danych to taka branża, o której na co dzień się nie myśli – wręcz wyrzuca się z głowy wiedzę o niej. No bo niby na co mi to? A po co mi to? Mnie nic się nie psuje, ja kupuje dobry sprzęt. O nie, kochanieńki, to się może każdemu zdarzyć. W momencie, w którym mnie to uderzyło zrozumiałam jak bardzo zaniedbałam swojego Józka. Stary antywirus, stary firewall i w ogóle stare wszystko. Józek potrzebuje nowego ciała więc pewnie na początku przyszłego roku wybiorę się na zakup kilku narządów wewnętrznych dla mojego maleństwa. No i tak normalnie to wydaje się, że przywracanie danych to takie hop siup. A sama widziałam, że to jednak jest kawał roboty. chłopaki się pomęczyli, popracowali i Wasza Chantelle znowu jest online :)