“To się nie dzieje, to się nie dzieje!” – tak zazwyczaj mówi mój kolega, kiedy wydarza się coś niespodziewanego. Niezbyt podoba mi się ten zwrot, ale dzisiaj sam musiałam go użyć… Jadąc do pracy (na 8:00) i będąc w odległości około 10 kilometrów od celu, skończyła mi się benzyna. Ileż to razy słyszałam od ojca “załóż gaz”, “sprzedaj to auto, zobacz ile pali”, “co za złom kupiłeś”. Nie mogłam dać mu tej satysfakcji, postanowiłam jeździć, mimo iż silnik 1.3 pochłaniał aż 13 litrów paliwa na sto kilometrów. Autko jeździ na gaźniku, stąd pewnie ogromne spalanie – nie pomogła nawet regulacja. Nie rozczulając się zbytnio postanowiłam działać. Zatrzymałam jakieś przypadkowe auto, poprosiłam o pomoc (niektórzy przecież wożą ze sobą kanister z benzyną – tak na zapas). Okazało się jednak, że moja deska ratunkowa napędzana była ropą… Poszczęściło mi się po chwili, i w końcu odjechałam z piskiem opon. Minęła minuta, może dwie – nagle bum, trzask – wjechał we mnie jakiś nerwus rozbijając doszczętnie Stefana (tak go nazywam). Mówcie co chcecie, ja powiem jedno – taka karma… ale z psami nie ona nic wspólnego!