Każda z nas w pewnym momencie życia zmaga się z tym problemem. Uda za duże, boczki rosną, brzuch idzie naprzód. Co zrobić, żeby zahamować ten proces?

W moim przypadku pierwsze problemy zaczęły się po ciąży. Wiadomo, że w trakcie nie oszczędza się na jedzeniu, mogłoby to być szkodliwe dla dziecka. Jednak po rozwiązaniu pewne kłopoty związane z wcześniejszym trybem życia dają o sobie znać. Wtedy też pojawiają się pierwsze myśli kierujące nas w stronę ustabilizowania diety.

Dieta to nie tylko proces odchudzania, ale przede wszystkim pewien sposób odżywiania się, który sprawia, że nasz organizm przyzwyczaja się do rodzajów przyjmowanych pokarmów oraz stałych godzin żywienia. W ten sposób osiągamy pewien constans, dzięki któremu szybciej i bardziej wydajnie spalamy substancje odżywcze. W moim przypadku ustabilizowanie żywienia nie wystarczyło. Miałam około dwudziestu nadmiarowych kilogramów i chciałam zrobić coś, aby się ich pozbyć. Próbowałam różnych rzeczy, zaczynając oczywiście od tak zwanych “diet-cudów”. Oczywiście żadna nie zadziałała, podeszłam więc do problemu bardziej kompleksowo i naukowo. Poczytałam w internecie na temat różnych diet, kupiłam kilka książek, poradziłam się paru osób. I tak na mojej drodze stanęło kilka prób. Najpierw dieta kapuściana (pomogła trochę, jednak nie można jej stosować zbyt długo), potem dieta Kwaśniewskiego (w moim przypadku nie zadziałała), dieta ziemniaczana (przytyłam!) oraz na końcu dieta proteinowa, która postawiła mnie na nogi. Nie ukrywam, że bardzo pomógł mi fakt, że w końcowej fazie testowania poszczególnych diet miałam dużo wysiłku fizycznego (zakupy, dziecko, udało się wygospodarować trochę pieniędzy na rower do ćwiczeń, więc pedałowałam aż miło).